Etykiety

przemyślenia (9) self-taken (8) kosmetyki (3) marudzenie (3) DIY (1) Marudowie (1) Najgorsza dziewczyna (1) fashion (1)
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą kosmetyki. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą kosmetyki. Pokaż wszystkie posty

wtorek, 12 lutego 2013

30

Ponieważ im więcej się uczę, tym mniej mam ochotę na pisanie profesjonalnych branżowych tekstów (o kulturze, o kulturze, a nawet o kulturze), w dodatku nie zanosi się na żaden temat z kręgu lifestyle (czyje life, czyje style?), czy Weltschmerz (aż dziwne, tak przy wtorku…), to dziś będzie o moich zimowych sprzymierzeńcach z drogeryjnej (ha, nie aptecznej!) półki.
Do kosmetyków oliwkowych, to znaczy pachnących oliwkami lub na bazie oliwy i ekstraktu z oliwek, przekonywałam się długo. Dotychczasowe zimy upływały mi miękkości masła shea, głównie z The Body Shop, w pianie ratującego przed wysuszającą mnie wodą (tak, kranówa wysusza) mleczka owsianego i w chmurce zapachu wanilii. To były moje zimowe klimaty, a, że nie znoszę kosmetyków bezzapachowych (jak dla mnie większość śmierdzi mokrym kartonem), intensywność aromatów uznawałam za zaletę. Coś zmieniło się w ciągu ostatniego roku, kiedy to zapachy słodkie zaczęły mi, przy codziennym i raczej intensywnym użytkowaniu, po prostu przeszkadzać. Zaczęłam się przekonywać do gamy neutralnej, to znaczy mięty, cytrusów, ogórka, zielonej herbaty, lekkich mieszanek owocowych (żel pod prysznic Nivea z cytryną jest moim numerem arcyjeden na każde lato, serio). Przyszła jesień, przyszła zima. Czas na zmianę konsystencji, siły i zapachów kosmetyków, najlepiej na takie w dużych opakowaniach i w optymalnie niskiej cenie (ach, ta studencka kieszeń), a także o w miarę naturalnym składzie. Metodą prób i błędów, a także po niezliczonej ilości przetestowanych próbek i „sztachnięć” się zapachem kosmetyku w sklepie, trafiłam na kosmetyki oliwkowe. Szybko zdominowały one moją łazienkę.

Przedstawianie moich dotychczasowych kosmetycznych trafień zacznę od kremowego żelu pod prysznic Palmolive Naturals. Ekonomiczne opakowanie (nie jestem nawet w połowie, a stosuję drugi miesiąc przy codziennym prysznicu) - 750 mililitrów - kosztuje około dwudziestu złotych, czasami można trafić na przecenę, wtedy wielka butla kosztuje około dwunastu złotych. Jest bardzo gęsty, nieprzeźroczysty, ma lekko oleistą konsystencję (ciągnie się przy aplikacji na gąbkę). Pachnie niesamowicie. Tworzy na skórze mięciutką piankę, powiedziałabym, że bardziej śmietankę. Po prysznicu w warszawskiej wodzie skóra nie jest zaczerwieniona, wytrzymuje spokojnie bez ściągnięcia do momentu, aż całkowicie się wytrę i sięgnę po balsa. Kilka razy po ciężkiej nocy zdarzyło mi się zapomnieć o balsamie i też nie cierpiałam.



Jeśli o Palmolive mowa, ostatnio zaryzykowałam zakup szamponu Palmolive Naturals Long&Shine z ekstraktem z oliwek. Skusił mnie delikatnie mydlany, subtelny zapach, który utrzymuje się na włosach przez jakiś czas, ale w żaden sposób nie gryzie się z zapachem perfum. Najważniejsze, co na zdobić dla mnie szampon, to myć i nie plątać. Myje i w miarę nie plącze, co dokładnie trudno mi stwierdzić, gdyż mam raczej długie włosy i bywa, że plącze je [sic!] rozczesywanie. Nie jestem specjalnie zachwycona wydajnością. Dużą butelkę kupiłam kilka dni temu, a już wydaje się podejrzanie wklęsła.
           


            Teraz będzie o Ziai. Po pierwsze: zestaw podręczny, czyli krem do zadań specjalnych i płyn micelarny. Po drugie: odżywka do spłukiwania.
            Ogromny słoik kremu jest moim wybawieniem. Nie (aż tak) straszny mi z nim nawet mróz. Konsystencja tego cuda jest gęsta, ciężka i tłustawa, przypomina nieco krem „na pogodę” dla dzieci i narciarzy. Jednak jak tylko dotknie policzków, momentalnie się wchłania. Po kilku chwilach nie ma na twarzy żadnego błyszczącego śladu po, mogłoby się wydawać, natłuszczającym kremie. Można wykonać makijaż. Używam kremu od grudnia i jestem mniej-więcej w połowie słoiczka o pojemności 200 mililitrów (kosztuje około sześciu, siedmiu złotych). Po wchłonięciu nakładam normalnie podkład, mogę zaryzykować stwierdzenie, że podkład służy mi bardziej dzięki takiej „ochronce” po porannym umyciu twarzy. Kremem smaruję czasem ramiona i dekolt, kilka razy użyłam go w okolicach oczu i ust. Uniwersalny, wydajny, pachnie ładnie, słodkawo ale subtelnie. Oliwkowo.



            O płynie micelarnym nie mogę się zanadto rozpisać. Przede wszystkim spełnia swoją funkcję – zmywa makijaż, nawet ten wodoodporny. Nie podrażnia przy tym oczu i nie wysusza policzków. Godny polecenia. Podobno bezzapachowy, dla mnie ma lekką nutkę wody kwiatowej i zielonej herbaty. Cena średnia (w granicach dyszki), ale jak na jakość – jest tani. Buteleczka mogłaby być jednak większa. Pamiętam, że żelem do mycia twarzy z tej serii byłam średnio zachwycona, to znaczy – miał nawilżać, a czułam od razu ściągnięcie. Płyn jest pod tym względem bardzo w porządku.  


            Odżywka oliwkowa marki Ziaja jest dobra na tej samej zasadzie, co jak tanie wino – jest dobra i tania. Nie odgrywa jakiejś powalającej roli w drodze moich kosmyków ku rozczesaniu (używam sprayu rozczesującego Biosilk niezależnie od kosmetyków użytych pod prysznicem do mycia). Zawiera też sylikon (Dimethicone), a więc kupując ten specyfik nieco zerwałam z dotychczasowym unikaniem kosmetyków do pielęgnacji włosów z SLSami. Tego składnika nie zauważyłam, kiedy czytałam skład w sklepie. Cóż, na pocieszenie – buteleczka 200 mililitrów kosztuje około piątaka. Odzywka ma półpłynną, kremową konsystencję, słodko pachnie, szybko wnika we włosy i nie robi im krzywdy. Nie puszą się i są ogólnie mięciutkie.



             Balsam regenerujący do ciała Evitte od Sorayi to mój kolejny udany strzał w tę markę. Kosztuje około pięciu – sześciu złotych za tubkę (wygoda!) 250 mililitrów, co daje pół litra nawilżacza za dychę, czyli ekonomicznie i tanio. Balsam ma półpłynną, leciutką konsystencję i wchłania się z prędkością światła. Uwielbiam jego zapach, którzy przypomina mi specyficzny, miękki zapaszek kosmetyków dla dzieci, choć jest to aromat znacznie intensywniejszy. Skóra jest dzięki temu specyfikowi rozkosznie miękka, wygładzona. Nie zauważyłam reakcji alergicznych. Wydajność przeciętna. Stosuję na skórę również po depilacji, nie wywołuje podrażnień.



            Mam nadzieję, że wrażliwcy, którzy natrafią w sieci na ten wpis, znają go za przydatny. A teraz ściągam dres, przywdziewam coś normalnego i pędzę na uczelnię. Podobno korek na Miodowej nie ma końca, co oznacza dla mnie spacer Krakowskim Przedmieściem, o tej porze zatłoczonym nie mniej, niż w weekendowym, turystycznym szczycie.





piątek, 14 września 2012

20



Zainspirowana Kasiowelove , skrobię kolejny post typu know-what. Nie mam na celu reklamowania, ani antyreklamowania żadnego z prezentowanych tu produktów. 

Jako posiadaczka skóry suchej, skrajnie wrażliwej, jak również z niebywałą skłonnością do wszelkich podrażnień i zaczerwienień (szczególnie latem i zimą), na swojej półce posiadam sporą kolekcję balsamów do ciała. Od tanich, dostępnych w każdej drogerii, po te typowo apteczne i dermokosmetyki. Przedstawię tu moje dotychczasowe top6. 

1. Best of the bests - Vichy Nutriextra


Najcudowniejszy zapach świata, lekka konsystencja. Główną zaletą kosmetyku jest to, że balsam "przypomina" mojej skórze, jak wygląda regeneracja i zmusza ją do niej. Skóra jest po nim nawilżona, sprężysta. Tworzy nietłustą warstwę ochronną. Jest dość drogi (około 50 zł), a ja szybko zużywam balsamy, więc poluję na Nutriextra na promocjach w aptekach, pozwalam sobie na niego głownie latem, ze względu na pozywytny, owocowy i typowo letni zapach. 

2. Ziaja Bio olejek arganowy. 


Nie natknęłam się na ten kosmetyk w drogeriach, swój nabyłam w aptece. Największą jego zaletą jest cena - około 10 zł. Największą wadą - konsystencja. Jest tłusty, ciężki i trudno go rozsmarować, dlatego wklepuję go energicznie w skórę i pozostawiam do wchłonięcia. Nie zostawia jednak tłustego filmu na skórze, która chłonie go jak gąbka. Chroni, odżywia i odbudowuje. najlepszy do stosowania wieczorem, idealny dla skóry bardzo przesuszonej i zniszczonej. Ma bardzo przyjemny zapach, który kojarzy mi się z innym, bardzo lubianych przeze mnie kosmetykiem - masłem do ciała z masłem (o, składnio!) Shea (The Body Shop). Jestem pozytywnie nastawiona do całej serii z bio olejkami od Ziai i chętnie wypróbuję pozostałe mleczka, które widziałam w aptece - z bio obejkiem winogronowym i z bio olejkiem z awokado. 

3. Joghnson's body care z olejkiem migdałowym. 



Lekka alternatywa dla aptecznych specyfików. Pachnie cudownie (prawie wszystkie kosmetyki tej marki pachną dla mnie dziecięco, co wręcz ubóstwiam). Szybko się wchłania, nawilża. Dla mnie sprawdzał się głownie późną wiosną i w chłodniejsze letnie dni, kiedy moja skóra nie wymagała tarczy antyrakietowej.  Ma ciekawą, półpłynną konsystencję. Przystępna cena, niezwykle wydajny. 

4. Neutrogena everyday repair




Może nie zachwyca zapachem ani konsystencją, ale pomaga mi utrzymać skórę w całkiem przyzwoitym stanie. Szczególnie sprawdził się na skórze ramion i dekoltu, szybko się wchłania i nie pozostawia tłustego filmu. Stosuję również krem do rąk i balsam do ust Neutrogeny, a dziś nabyłam - eksperymentalnie - nową  emulsję Neutrogeny z malina nordycją (skusił mnie zapach). Co nie zabije, to wzmocni. 

5. The Body Shop, Moringa Milk


Najwspanialszy kosmetyk z czasów, kiedy mojej skórze się jeszcze chciało. Leciutki, o przyjemnym i niedominującym zapachu. Szybko się wchłania, pozostawia delikatną, nietłustą warstwę ochronną. Mam do niego tak wielki sentyment, że wciąż go kupuję, choć sam jest dla mnie już za łagodny. Nanoszę go na skórę pół godzinki po silniejszej emulsji (np. Cetaphil), lub bezpośrednio po nawilżającej kąpieli. Wygodna aplikacja, magicznie wydajny, wart każdej z 35 wydawanych na niego złotówek.

6. L'Oréal Nutrilift



Stosowałam zarówno wersję dla supersuchej skóry, jak i tę dla normalnej, odwodnionej. Ma przyjemny, dojrzały (to moje najsilniejsze skojarzenie) zapach, świetnie się sprawdził łagodząc reakcję mojej skóry na traktowanie twardą wodą w Gdańsku. Aksamitka konsystencja, wygodna butelka z aplikatorem. Całkiem wydajny. Mogę spokojnie polecić cała serię Nutrilift. 

Próbuję tak wielu kosmetyków, że zapewne top6 ulegnie niedługo zmianie. Mam bardzo kapryśną skórę, która wymaga częstego nawilżania, ale łatwo ulegającą podrażnieniom i reagującą zaczerwienieniem na wiele kosmetyków. Jeśli ta notka pomoże jednemu z wrażliwców znaleść swoją własną szóstkę, będę bardzo uradowana. 


Stay connect. 

19

Sposób na bezsenność - depilacja.

Poszperałam w łazience i znalazłam resztki odstawionego dawno kremu cukrowego Vanity od Bielendy. Warto zaznaczyć, że moje niechciane włoski są bardzo oporne, stąd od lat wzrastała moja niechęć do kremów depilujących, tym bardziej, że żaden nie okazał się jak dotąd zadowalający. Jednak ostatnia wizyta u dermatologa pozbawiła mnie nadziei - muszę pożegnać się z woskiem, a depilator najlepiej wyrzucić lub oddać. Maszynki powinnam zaś unikać. Cóż. Innymi słowy: aby ograniczyć powstawanie podrażnień, trzeba zamienić się w Chewbaccę.

Na szczęście insomnia jest matką kreatywności, dwudziestej jesieni mego życia olśniło mnie, by nie korzystać z kremu tak, jak radzi producent, a tak, jak podpowiada doświadczenie z tego typu specyfikami. Ale po kolei.

Przede wszystkim darowałam sobie czas trzymania na skórze, jaki zaleca producent. Krem siedział na nogach i bikini dokładnie pół godziny. Przez ten czas siedziałam wesoło na ręczniku (co by nie ubrudzić pościeli), poczytałam wiadomości i obejrzałam odcinek Simpsonów. Po tym czasie nalałam do miski troszkę ciepłej, ale nie gorącej, wody i wzięłam gąbkę (dysponuję taką w formie rękawicy, ale wątpię, by to miało większe znaczenie - grunt, by gąbka była z tych drapiąco-masujących). Zwilżyłam i porządnie wycisnęłam gąbkę, naciągnęłam na rękę i zaczęłam "ściągać" krem ze skóry. Oczywiście: specyfik natychmiast obkleił materiał i musiałam się sporo namachać. Po ściągnięciu nadmiaru kremu wskoczyłam pod prysznic, by usnąć go całkowicie ze skóry. Zajęło mi to około ośmiu minut, zanim kosmetyk zniknął całkowicie z nóg i strefy bikini. Efekt średni, biorąc po uwagę czas trzymania na skórze, a procent usuniętych włosków. Oceniłabym, że z nóg znikło 60% ( włoski były krótkie, ale producent obiecał, że i z takimi Vanity sobie radzi), a piętro wyżej 80%. Przyznaję jednak ogromny plus za to, iż mimo półgodzinnego trzymania kremu na skórze, nie stwierdziłam żadnego swędzenia ani pieczenia. Tak samo przy spłukiwaniu, zdrapywaniu, ani "wykańczaniu" szpatułką i maszynką. Skóra była przyjemnie napięta, ale nie wysuszona.

A teraz mały trik dla wrażliwców. Raczej nie w drogeriach, a w supermarketach można znaleźć krem firmy Hegron. Na ogół ma beżową nakrętkę, ale ostatnio widuję go w zaokrąglonym słoiczku z białym wieczkiem. Jest to antyseptyczny krem z wyciągiem z krowich wymion. Brzmi strasznie? Jest to zbawienny specyfik na wszelkie podrażnienia. W lato i w zimę używam go zamiast balsamu do ciała i kremu do rąk. Leczy lekkie oparzenia, blizny, ślady po ugryzieniach, łagodzi podrażnienia po depilacji i reakcje alergiczne na skórze. Pachnie lekko, dziwnie, wcale nie nieprzyjemnie. Nakładam go od razu po osuszeniu skóry ręcznikiem. Grubą warstwę wklepuję lekko i zostawiam do wchłonięcia.  


Krem Vanity kosztuje około 11 zł. 
Krem Hegron około 12 zł.