piątek, 7 lutego 2014

Adres wzmożonej działalności:

http://wybrykkultury.blogspot.com


niedziela, 11 sierpnia 2013

32

Ponieważ ogólnie jestem słaba sama w sobie, ale mam fajnego chłopaka, powinnam założyć stronę poświęconą jego złotym myślom. Tak stwierdził on, tak stwierdzili znajomi. Fajny chłopak ze słabej mnie robi czasem mnie-błyskotliwą, powstała seria Najgorsza dziewczyna, czyli złote myśli zebrane, która ukazuje się w odcinkach na moim koncie na Facebook'u, którego nikt nie odwiedza, za co chwała wam i dzięki.

Zakładanie nowej strony to zapychanie cyberprzestrzeni, którą szanuję, gdyż przebywanie w niej dostarcza mi filmów z kotami i darmowych seriali amerykańskich i BBC. Stąd... oto nowa kategoria notek na nieczytanym, nieodwiedzanym, generalnie zapomnianym przez Boga, ludzi i Internety blogu. 

Ta-da. 

poniedziałek, 13 maja 2013

31


z pamiętnika złego grafika: samojebki.

wtorek, 12 lutego 2013

30

Ponieważ im więcej się uczę, tym mniej mam ochotę na pisanie profesjonalnych branżowych tekstów (o kulturze, o kulturze, a nawet o kulturze), w dodatku nie zanosi się na żaden temat z kręgu lifestyle (czyje life, czyje style?), czy Weltschmerz (aż dziwne, tak przy wtorku…), to dziś będzie o moich zimowych sprzymierzeńcach z drogeryjnej (ha, nie aptecznej!) półki.
Do kosmetyków oliwkowych, to znaczy pachnących oliwkami lub na bazie oliwy i ekstraktu z oliwek, przekonywałam się długo. Dotychczasowe zimy upływały mi miękkości masła shea, głównie z The Body Shop, w pianie ratującego przed wysuszającą mnie wodą (tak, kranówa wysusza) mleczka owsianego i w chmurce zapachu wanilii. To były moje zimowe klimaty, a, że nie znoszę kosmetyków bezzapachowych (jak dla mnie większość śmierdzi mokrym kartonem), intensywność aromatów uznawałam za zaletę. Coś zmieniło się w ciągu ostatniego roku, kiedy to zapachy słodkie zaczęły mi, przy codziennym i raczej intensywnym użytkowaniu, po prostu przeszkadzać. Zaczęłam się przekonywać do gamy neutralnej, to znaczy mięty, cytrusów, ogórka, zielonej herbaty, lekkich mieszanek owocowych (żel pod prysznic Nivea z cytryną jest moim numerem arcyjeden na każde lato, serio). Przyszła jesień, przyszła zima. Czas na zmianę konsystencji, siły i zapachów kosmetyków, najlepiej na takie w dużych opakowaniach i w optymalnie niskiej cenie (ach, ta studencka kieszeń), a także o w miarę naturalnym składzie. Metodą prób i błędów, a także po niezliczonej ilości przetestowanych próbek i „sztachnięć” się zapachem kosmetyku w sklepie, trafiłam na kosmetyki oliwkowe. Szybko zdominowały one moją łazienkę.

Przedstawianie moich dotychczasowych kosmetycznych trafień zacznę od kremowego żelu pod prysznic Palmolive Naturals. Ekonomiczne opakowanie (nie jestem nawet w połowie, a stosuję drugi miesiąc przy codziennym prysznicu) - 750 mililitrów - kosztuje około dwudziestu złotych, czasami można trafić na przecenę, wtedy wielka butla kosztuje około dwunastu złotych. Jest bardzo gęsty, nieprzeźroczysty, ma lekko oleistą konsystencję (ciągnie się przy aplikacji na gąbkę). Pachnie niesamowicie. Tworzy na skórze mięciutką piankę, powiedziałabym, że bardziej śmietankę. Po prysznicu w warszawskiej wodzie skóra nie jest zaczerwieniona, wytrzymuje spokojnie bez ściągnięcia do momentu, aż całkowicie się wytrę i sięgnę po balsa. Kilka razy po ciężkiej nocy zdarzyło mi się zapomnieć o balsamie i też nie cierpiałam.



Jeśli o Palmolive mowa, ostatnio zaryzykowałam zakup szamponu Palmolive Naturals Long&Shine z ekstraktem z oliwek. Skusił mnie delikatnie mydlany, subtelny zapach, który utrzymuje się na włosach przez jakiś czas, ale w żaden sposób nie gryzie się z zapachem perfum. Najważniejsze, co na zdobić dla mnie szampon, to myć i nie plątać. Myje i w miarę nie plącze, co dokładnie trudno mi stwierdzić, gdyż mam raczej długie włosy i bywa, że plącze je [sic!] rozczesywanie. Nie jestem specjalnie zachwycona wydajnością. Dużą butelkę kupiłam kilka dni temu, a już wydaje się podejrzanie wklęsła.
           


            Teraz będzie o Ziai. Po pierwsze: zestaw podręczny, czyli krem do zadań specjalnych i płyn micelarny. Po drugie: odżywka do spłukiwania.
            Ogromny słoik kremu jest moim wybawieniem. Nie (aż tak) straszny mi z nim nawet mróz. Konsystencja tego cuda jest gęsta, ciężka i tłustawa, przypomina nieco krem „na pogodę” dla dzieci i narciarzy. Jednak jak tylko dotknie policzków, momentalnie się wchłania. Po kilku chwilach nie ma na twarzy żadnego błyszczącego śladu po, mogłoby się wydawać, natłuszczającym kremie. Można wykonać makijaż. Używam kremu od grudnia i jestem mniej-więcej w połowie słoiczka o pojemności 200 mililitrów (kosztuje około sześciu, siedmiu złotych). Po wchłonięciu nakładam normalnie podkład, mogę zaryzykować stwierdzenie, że podkład służy mi bardziej dzięki takiej „ochronce” po porannym umyciu twarzy. Kremem smaruję czasem ramiona i dekolt, kilka razy użyłam go w okolicach oczu i ust. Uniwersalny, wydajny, pachnie ładnie, słodkawo ale subtelnie. Oliwkowo.



            O płynie micelarnym nie mogę się zanadto rozpisać. Przede wszystkim spełnia swoją funkcję – zmywa makijaż, nawet ten wodoodporny. Nie podrażnia przy tym oczu i nie wysusza policzków. Godny polecenia. Podobno bezzapachowy, dla mnie ma lekką nutkę wody kwiatowej i zielonej herbaty. Cena średnia (w granicach dyszki), ale jak na jakość – jest tani. Buteleczka mogłaby być jednak większa. Pamiętam, że żelem do mycia twarzy z tej serii byłam średnio zachwycona, to znaczy – miał nawilżać, a czułam od razu ściągnięcie. Płyn jest pod tym względem bardzo w porządku.  


            Odżywka oliwkowa marki Ziaja jest dobra na tej samej zasadzie, co jak tanie wino – jest dobra i tania. Nie odgrywa jakiejś powalającej roli w drodze moich kosmyków ku rozczesaniu (używam sprayu rozczesującego Biosilk niezależnie od kosmetyków użytych pod prysznicem do mycia). Zawiera też sylikon (Dimethicone), a więc kupując ten specyfik nieco zerwałam z dotychczasowym unikaniem kosmetyków do pielęgnacji włosów z SLSami. Tego składnika nie zauważyłam, kiedy czytałam skład w sklepie. Cóż, na pocieszenie – buteleczka 200 mililitrów kosztuje około piątaka. Odzywka ma półpłynną, kremową konsystencję, słodko pachnie, szybko wnika we włosy i nie robi im krzywdy. Nie puszą się i są ogólnie mięciutkie.



             Balsam regenerujący do ciała Evitte od Sorayi to mój kolejny udany strzał w tę markę. Kosztuje około pięciu – sześciu złotych za tubkę (wygoda!) 250 mililitrów, co daje pół litra nawilżacza za dychę, czyli ekonomicznie i tanio. Balsam ma półpłynną, leciutką konsystencję i wchłania się z prędkością światła. Uwielbiam jego zapach, którzy przypomina mi specyficzny, miękki zapaszek kosmetyków dla dzieci, choć jest to aromat znacznie intensywniejszy. Skóra jest dzięki temu specyfikowi rozkosznie miękka, wygładzona. Nie zauważyłam reakcji alergicznych. Wydajność przeciętna. Stosuję na skórę również po depilacji, nie wywołuje podrażnień.



            Mam nadzieję, że wrażliwcy, którzy natrafią w sieci na ten wpis, znają go za przydatny. A teraz ściągam dres, przywdziewam coś normalnego i pędzę na uczelnię. Podobno korek na Miodowej nie ma końca, co oznacza dla mnie spacer Krakowskim Przedmieściem, o tej porze zatłoczonym nie mniej, niż w weekendowym, turystycznym szczycie.





środa, 5 grudnia 2012

29

Gdzieś niezupełnie głęboko drzemie we mnie Hemingway. Zaraz obok Prousta i Picasso. Kołderką nakrywa ich Witkacy, kołysanki nuci Sarah Kane. Śnią mi się czasem. Piękni, naturalni i żywi. Narkomani, samobójcy, geniusze. 

Śnią mi się też nieistniejący muzycy nieistniejących zespołów. Te sny lubię wyjątkowo. 

Grudzień. Święta idą. Czas wrzucić jakieś grafiki. Nie dziś, nie teraz, może niebawem. 


piątek, 16 listopada 2012

28

random #4

szepty i szumy
 
        
 

        

czwartek, 1 listopada 2012

27


Do napisania tego krótkiego tekstu zainspirował mnie obejrzany w wieczornych wiadomościach krótki reportaż o łódzkim cmentarzu dla zapomnianych i bezdomnych. Kiedy na przełomie października i listopada ludzi zajmuje życie, którego nie ma, mnie zaintrygowało i zmartwiło życie, którego nie będzie.
Jakże ma się pojawić, skoro wiem już na pewno, że nie znajdę go w kapuście, nie zostanie przysłane bocianią pocztą. Dziecko trzeba stworzyć (brutalniej: zrobić), a natura obmyśliła ów proces na tyle perfidnie, że potrzeba do tego co najmniej dwóch osób. Te dwie osoby, bardziej lub mniej chętnie, zbliżają się do siebie w dość sprecyzowany w rzeczonym procesie sposób, potem zostaje czekać, czy się udało. A potem? Cieszyć się lub martwić, próbować raz jeszcze.

Początkowo bardzo ucieszyłam się na wieść, że in vitro będzie bardziej dostępne Polkom. Cóż jednak z tego dla mnie wynika? W praktyce nic. W Polsce nie przewiduje się, żeby osoba w podobnej sytuacji miała dziecko. Jaka to sytuacja? Banalna i niepatologiczna. Kobieta jeszcze młoda, planująca się w niezbyt odległej przyszłości magistrować, a nawet doktorować; o aspiracjach na własną działalność poniekąd gospodarczą, a nawet troszeczkę heteroseksualna. Troszeczkę, wszakże trudno mówić o seksualności bez partnera. Przyjmijmy, że zostanę singlem trochę dłużej, niż planuję, albo wybiorę tę opcję w przyszłości. Państwo uniemożliwia mi adopcję, bez względu na sytuację finansową, w której się znajdę w momencie podjęcia decyzji „tak, to już, jestem gotowa na dziecko”. Powodem jest właśnie fakt, że nie przewiduję lub nie chcę związku, a co dopiero w związku sformalizowanego. Wnioskuję, że w drodze tej samej dedukcji, uniemożliwione będzie skorzystanie z in vitro. Zostaną dwie opcje, albo chodzić po kolegach z błaganiem o zapłodnienie, tudzież zamieszczenie równie desperacko brzmiącego anonsu w Internecie, albo pogodzenie się, że (w drodze selekcji naturalnej) nieudacznicy i osoby  z jakiegoś powodu nienadające się do życia w związku (przyjmijmy, że tekst nie zahacza o socjopatów, osoby zagrażające sobie i innym... i inne smaczki), nie mogą być rodzicami.

Skoro uznaje się, że osoba o rozwiązłym stylu życia może mieć dziecko (zaszła w ciąże, a jakże), a osoba nieprowadząca życia seksualnego na rodzica się nie nadaje, spójrzmy na ośrodki opiekuńcze oraz statystykę porzuceń. Rzecz się ma podobnie w przypadku par homoseksualnych. Zastanawia mnie gloryfikacja heteroseksualizmu. Ludzie zmieniają bieg rzek, wstawiają sztuczne organy, dlaczego prawo nie wydaje się być równie postępowe? Odbiera się możliwość na założenie rodziny ludziom, którzy naprawdę tego pragną. To o adopcji. Dlaczego niezależne, z różnych powodów nieposiadające partnera, a także po prostu aseksualne kobiety nie mogą – w świetle prawa – być matkami, skoro dysponujemy technologią na to pozwalającą?

Nie jestem prawnikiem, nie jestem socjologiem. Chciałabym jednak być mamą, bez względu na to, czy w moim życiu pojawi się potencjalny tata.  

środa, 31 października 2012

26


random #3
very, very random and the fire


piątek, 19 października 2012

25

nature#1

cold




środa, 17 października 2012

24


random #2
studium profilu 






niedziela, 14 października 2012

23

Jesienne zupełnie donikąd przejażdżki
- Fall rides to nowhere -
13.10.2012

   

...and the most beautiful one, without remastering nor processing: 

niedziela, 16 września 2012

22

Pamiątki z wakacji (raczej nie moich) to strasznie miła sprawa. Najlepsze jest ich otrzymywanie. Potem, na ogół w przypadku wszelkich figurek i miniaturek, pojawia się problem, co z nimi zrobić. Mój dzisiejszy pomysł nieco zniszczył przywieziony mi przez W. breloczek z Paryża (właściwie zrobił z niego trzy autonomiczne części: zapięcie, łańcuch i miniaturkę), ale myślę, że bynajmniej nie wyjdę na niewdzięcznicę. Ba, teraz mogę pamiątkę mieć codziennie przy sobie, by przypominała: ucz się tego języka, pojedziesz i przywieziesz drugą do kompletu. 



Strasznie nudna niedziela, czego nie zmienia nawet spacer po mieście-widmo w nowych butach. Nawet poprosiłam mamę o zrobienie kilku zdjęć mojemu dzisiejszemu zestawowi (celem pierwszego w życiu posta na lookbooku (tu można się ponabijać: haha, masz x znajomych zajmujących się fotografią, nikt Cię nie lubi na tyle, by pomóc Ci przełamać fashionblogowy wstyd), ale żadne nie wyszło (nie wiem, jak to powiedzieć mamie). Cóż. 

sobota, 15 września 2012

21






piątek, 14 września 2012

20



Zainspirowana Kasiowelove , skrobię kolejny post typu know-what. Nie mam na celu reklamowania, ani antyreklamowania żadnego z prezentowanych tu produktów. 

Jako posiadaczka skóry suchej, skrajnie wrażliwej, jak również z niebywałą skłonnością do wszelkich podrażnień i zaczerwienień (szczególnie latem i zimą), na swojej półce posiadam sporą kolekcję balsamów do ciała. Od tanich, dostępnych w każdej drogerii, po te typowo apteczne i dermokosmetyki. Przedstawię tu moje dotychczasowe top6. 

1. Best of the bests - Vichy Nutriextra


Najcudowniejszy zapach świata, lekka konsystencja. Główną zaletą kosmetyku jest to, że balsam "przypomina" mojej skórze, jak wygląda regeneracja i zmusza ją do niej. Skóra jest po nim nawilżona, sprężysta. Tworzy nietłustą warstwę ochronną. Jest dość drogi (około 50 zł), a ja szybko zużywam balsamy, więc poluję na Nutriextra na promocjach w aptekach, pozwalam sobie na niego głownie latem, ze względu na pozywytny, owocowy i typowo letni zapach. 

2. Ziaja Bio olejek arganowy. 


Nie natknęłam się na ten kosmetyk w drogeriach, swój nabyłam w aptece. Największą jego zaletą jest cena - około 10 zł. Największą wadą - konsystencja. Jest tłusty, ciężki i trudno go rozsmarować, dlatego wklepuję go energicznie w skórę i pozostawiam do wchłonięcia. Nie zostawia jednak tłustego filmu na skórze, która chłonie go jak gąbka. Chroni, odżywia i odbudowuje. najlepszy do stosowania wieczorem, idealny dla skóry bardzo przesuszonej i zniszczonej. Ma bardzo przyjemny zapach, który kojarzy mi się z innym, bardzo lubianych przeze mnie kosmetykiem - masłem do ciała z masłem (o, składnio!) Shea (The Body Shop). Jestem pozytywnie nastawiona do całej serii z bio olejkami od Ziai i chętnie wypróbuję pozostałe mleczka, które widziałam w aptece - z bio obejkiem winogronowym i z bio olejkiem z awokado. 

3. Joghnson's body care z olejkiem migdałowym. 



Lekka alternatywa dla aptecznych specyfików. Pachnie cudownie (prawie wszystkie kosmetyki tej marki pachną dla mnie dziecięco, co wręcz ubóstwiam). Szybko się wchłania, nawilża. Dla mnie sprawdzał się głownie późną wiosną i w chłodniejsze letnie dni, kiedy moja skóra nie wymagała tarczy antyrakietowej.  Ma ciekawą, półpłynną konsystencję. Przystępna cena, niezwykle wydajny. 

4. Neutrogena everyday repair




Może nie zachwyca zapachem ani konsystencją, ale pomaga mi utrzymać skórę w całkiem przyzwoitym stanie. Szczególnie sprawdził się na skórze ramion i dekoltu, szybko się wchłania i nie pozostawia tłustego filmu. Stosuję również krem do rąk i balsam do ust Neutrogeny, a dziś nabyłam - eksperymentalnie - nową  emulsję Neutrogeny z malina nordycją (skusił mnie zapach). Co nie zabije, to wzmocni. 

5. The Body Shop, Moringa Milk


Najwspanialszy kosmetyk z czasów, kiedy mojej skórze się jeszcze chciało. Leciutki, o przyjemnym i niedominującym zapachu. Szybko się wchłania, pozostawia delikatną, nietłustą warstwę ochronną. Mam do niego tak wielki sentyment, że wciąż go kupuję, choć sam jest dla mnie już za łagodny. Nanoszę go na skórę pół godzinki po silniejszej emulsji (np. Cetaphil), lub bezpośrednio po nawilżającej kąpieli. Wygodna aplikacja, magicznie wydajny, wart każdej z 35 wydawanych na niego złotówek.

6. L'Oréal Nutrilift



Stosowałam zarówno wersję dla supersuchej skóry, jak i tę dla normalnej, odwodnionej. Ma przyjemny, dojrzały (to moje najsilniejsze skojarzenie) zapach, świetnie się sprawdził łagodząc reakcję mojej skóry na traktowanie twardą wodą w Gdańsku. Aksamitka konsystencja, wygodna butelka z aplikatorem. Całkiem wydajny. Mogę spokojnie polecić cała serię Nutrilift. 

Próbuję tak wielu kosmetyków, że zapewne top6 ulegnie niedługo zmianie. Mam bardzo kapryśną skórę, która wymaga częstego nawilżania, ale łatwo ulegającą podrażnieniom i reagującą zaczerwienieniem na wiele kosmetyków. Jeśli ta notka pomoże jednemu z wrażliwców znaleść swoją własną szóstkę, będę bardzo uradowana. 


Stay connect. 

19

Sposób na bezsenność - depilacja.

Poszperałam w łazience i znalazłam resztki odstawionego dawno kremu cukrowego Vanity od Bielendy. Warto zaznaczyć, że moje niechciane włoski są bardzo oporne, stąd od lat wzrastała moja niechęć do kremów depilujących, tym bardziej, że żaden nie okazał się jak dotąd zadowalający. Jednak ostatnia wizyta u dermatologa pozbawiła mnie nadziei - muszę pożegnać się z woskiem, a depilator najlepiej wyrzucić lub oddać. Maszynki powinnam zaś unikać. Cóż. Innymi słowy: aby ograniczyć powstawanie podrażnień, trzeba zamienić się w Chewbaccę.

Na szczęście insomnia jest matką kreatywności, dwudziestej jesieni mego życia olśniło mnie, by nie korzystać z kremu tak, jak radzi producent, a tak, jak podpowiada doświadczenie z tego typu specyfikami. Ale po kolei.

Przede wszystkim darowałam sobie czas trzymania na skórze, jaki zaleca producent. Krem siedział na nogach i bikini dokładnie pół godziny. Przez ten czas siedziałam wesoło na ręczniku (co by nie ubrudzić pościeli), poczytałam wiadomości i obejrzałam odcinek Simpsonów. Po tym czasie nalałam do miski troszkę ciepłej, ale nie gorącej, wody i wzięłam gąbkę (dysponuję taką w formie rękawicy, ale wątpię, by to miało większe znaczenie - grunt, by gąbka była z tych drapiąco-masujących). Zwilżyłam i porządnie wycisnęłam gąbkę, naciągnęłam na rękę i zaczęłam "ściągać" krem ze skóry. Oczywiście: specyfik natychmiast obkleił materiał i musiałam się sporo namachać. Po ściągnięciu nadmiaru kremu wskoczyłam pod prysznic, by usnąć go całkowicie ze skóry. Zajęło mi to około ośmiu minut, zanim kosmetyk zniknął całkowicie z nóg i strefy bikini. Efekt średni, biorąc po uwagę czas trzymania na skórze, a procent usuniętych włosków. Oceniłabym, że z nóg znikło 60% ( włoski były krótkie, ale producent obiecał, że i z takimi Vanity sobie radzi), a piętro wyżej 80%. Przyznaję jednak ogromny plus za to, iż mimo półgodzinnego trzymania kremu na skórze, nie stwierdziłam żadnego swędzenia ani pieczenia. Tak samo przy spłukiwaniu, zdrapywaniu, ani "wykańczaniu" szpatułką i maszynką. Skóra była przyjemnie napięta, ale nie wysuszona.

A teraz mały trik dla wrażliwców. Raczej nie w drogeriach, a w supermarketach można znaleźć krem firmy Hegron. Na ogół ma beżową nakrętkę, ale ostatnio widuję go w zaokrąglonym słoiczku z białym wieczkiem. Jest to antyseptyczny krem z wyciągiem z krowich wymion. Brzmi strasznie? Jest to zbawienny specyfik na wszelkie podrażnienia. W lato i w zimę używam go zamiast balsamu do ciała i kremu do rąk. Leczy lekkie oparzenia, blizny, ślady po ugryzieniach, łagodzi podrażnienia po depilacji i reakcje alergiczne na skórze. Pachnie lekko, dziwnie, wcale nie nieprzyjemnie. Nakładam go od razu po osuszeniu skóry ręcznikiem. Grubą warstwę wklepuję lekko i zostawiam do wchłonięcia.  


Krem Vanity kosztuje około 11 zł. 
Krem Hegron około 12 zł.


wtorek, 11 września 2012

18

Trwa złota passa - czwarty dzień niewychodzenia z domu, generalnie nieopuszczania łóżka. Nadzieja na wypoczęcie, desperacka próba złapania jak największego możliwego lenia, póki jeszcze się nie zaczął rok akademicki. Jest to też idealny czas na porządki w obu komputerach. Cztery dyski zabawy w perfekcyjną panią domu. Pozornie piękna pogoda za oknem, a dla mnie piekło alergenów, więc niespecjalnie tęsknię za światem zewnętrznym. W dobie, w której w mojej mieścinie tak upadła już niemal wszelka gastronomia nieśmieciowa, jak zasobność moich funduszy na przeżarcie, nieodłączne złotej passie podjadanie ograniczam do organicznej, zdrowej, a przede wszystkim domowej i niezastąpionej zawartości lodówki. Nie można zamówić porządnej pizzy, prawdziwej chińszczyzny ani nienafaszerowanej podejrzanym sosem sałatki (tu akurat jest skąd, ale wracamy do punktu o funduszach). Czyżbym właśnie odkryła pozytywną stronę nie-ma-dokąd-pójścia?


Another day full of I don't care.

sobota, 8 września 2012

17



feat. Anneke van Giersbergen



I hope he never lets me down again

środa, 5 września 2012

16

Nic, ale to nic, nie poprawia humoru tak, jak nowe buty.




... I love Love ;)

poniedziałek, 3 września 2012

15


Może i nie mam pięknych nóg, ale to, co mam na nich, jest piękniejsze od twojej twarzy... suko.

Próbuję napisać coś o współczesnych kobietach (będąc wyjątkowo niewspółczesną). A może po prostu poskładam swoje własne myśli i doprawię ripostą Pana Marudy?


poniedziałek, 27 sierpnia 2012

14

W zasadzie nie boję się pająków (nawet uważam, że niektóre są prześliczne), ale pooglądałam kilka bardziej i mniej przyziemnych pajęczych galerii w sieci i nagle spostrzegłam, że między łóżkiem a ścianą jest taka niepozorna przestrzeń, w której stronę spoglądać będę już zawsze niepewnie.

źródło grafiki, wyszukano przez Google